Artykuł redakcyjny

Artykuł miesiąca jest z założenia tekstem polemicznym. Redakcja strony zaprasza wszystkich wizytujących do dyskusji wokół poruszanej problematyki. Ich wypowiedzi, przesyłane e-mailowo na adresy: bawala@comcast.net lub andrew.wala@yahoo.com oraz www.blog.paespate.org, będą drukowane pod odnośnym artykułem, z zastrzeżeniem, iż ich język – choćby najbardziej krytyczny – nie będzie zawierał personalnych inwektyw.


Zofia Kozimor

Dwugłos o Aztekach

Po jaki temat sięgają dziś żurnaliści żądni epatowania czytelników? Gdy wyczerpią się wszystkie dyżurne tematy gwarantujące poczytność, sięga się po okrucieństwa Azteków. Przy okazji kolejnego rewelacyjnego odkrycia, jak i bez niego, Aztekowie są wdzięcznym tematem. Czego dowiadujemy się z tych artykułów? O osiągnięciach cywilizacyjnych Azteków? Nie. O ich poezji i filozofii? Skąd! O ich lękach i nadziejach? Też nie. Dowiadujemy się po raz n-ty, że Aztekowie zabijali. I to jak zabijali. Od rana do nocy obdzierali ze skóry, wyrywali serca, mordowali dziewice i dzieci, ciała spychali ze schodów piramid (koniecznie kopniakiem), lała się krew i oddawano się ludożerczym bachanaliom. Bez względu na temat zaanonsowany w tytule, artykuł staje się wyczerpującym rejestrem wymyślnych okrucieństw Azteków. A suchy rejestr tortur wywołuje dreszcz grozy, całkiem pożądany, i konkretyzuje się w pełnych oburzenia epitetach: ponury, straszny, przerażający, makabryczny, koszmarny. Po lekturze kolejnego artykułu przekonujemy się po raz kolejny, jakimi to potworami byli Aztekowie.

Kiedyś Lévi-Strauss zauważył, że jeśli chodzi o okrucieństwo, które jest zjawiskiem uniwersalnym, w historii ludzkości wyłania się rzeczywiście kilka potworów. Ale palmę pierwszeństwa w tym smutnym konkursie, przydzielił, o dziwo, ludziom Zachodu.1

Dlaczego więc w kolejnych artykułach nie epatuje się czytelnika wyliczaniem okrucieństw z własnego podwórka? A przecież jest w czym wybierać. Od Rzymian rozkoszujących się zabijaniem podczas igrzysk, przez inkwizytorów stosujących najbardziej wymyślne tortury, kolonizatorów cywilizujących owych okrutnych Indian w sposób nie mniej okrutny, po okrucieństwa XX wieku, wobec których bledną średniowieczne sale tortur. A i początek tego wieku ma już słuszne w tej dziedzinie osiągnięcia. Dlaczego więc nie możemy wybaczyć Aztekom?

Problem z Aztekami jest taki, że nie tyle same okrucieństwa wydają nam się nie do przyjęcia, ile przyczyna tych okrucieństw. Nie tyle z zabijaniem nie możemy się pogodzić, ile z brakiem konkretnego, logicznego, zrozumiałego powodu. Bo to, że zabijali, by nakarmić bogów, nie może nam się pomieścić w głowach. Podobny sceptycyzm budzi zresztą boski zakaz zabijania. Z pozostałymi zakazami wcale nie jest lepiej. A boskie nakazy miłosierdzia i wybaczania wydają się dziś chimerą. Bez względu na wyznawany światopogląd, trudno jest nam, indywidualistom, panom naszego losu, nadającym osobiście sens naszemu życiu, zrozumieć odgórne nakazy, a jeszcze trudniej ugiąć się pod nimi. Azteków opętania bogami nie przyjmujemy do wiadomości, nie rozumiemy, nie możemy pojąć. Bo gdyby zabijali w imię ziemi czy złota, sprawa byłaby jasna. Gdyby zabijali w imię bogactw, wpływów, złóż ropy naftowej czy uranu, nie tylko byśmy ich zrozumieli, ale może i poparli, w zależności od tego, co jaka ideologia włożyłaby nam do głowy. Ale zabijać, aby nakarmić bogów, aby podtrzymać niebo? To jakby zabijać bez powodu. Ci Aztekowie byli jednak koszmarni.

Ponieważ zabijanie z boskich nakazów wydaje nam się co najmniej szalbierstwem, szukamy przyczyn racjonalnych. Rytualny kanibalizm Azteków tłumaczono brakiem białka w ich diecie, a rytualne mordy działaniem grzybów halucynogennych. Ci jednak, którzy odrzucają podobne tłumaczenia, znajdują się w kropce. Wśród nich autorka książki o Aztekach, Inga Clendinnen2, która okrucieństw Azteków pojąć nie może. „Jesteśmy w stanie przynajmniej częściowo zaakceptować - pisze - rzymskie cyrki i owo szaleńcze podniecenie gwałtowną, śmiertelną walką, podniecenie, które udzielało się zarówno jej protagonistom, jak i publiczności”. (Że też, przy wymienianiu powodów, dla których moglibyśmy zrozumieć okrucieństwo Azteków, nie przyszedł mi do głowy ten jeden: zabijanie dla zabawy). I autorka dodaje: „To, co przejmuje nas dreszczem w starannie opracowanym scenariuszu okrutnych ceremonii Mexików, to połączenie przemocy z pozornie bezosobową, biurokratyczną rzeczowością”, ich „przerażający utylitaryzm”. Jeśli autorka książki o Aztekach nie zrozumie sensu ceremonii, które stanowiły podstawę życia tego ludu, czego więc wymagać od innych? Nawiasem mówiąc, owa „biurokratyczna rzeczowość” wyziera, owszem, z artykułów, które ograniczają się do wyliczania okrucieństw Azteków, a ich „przerażający utylitaryzm” powstaje w wyniku racjonalnej, naukowej, pozornie beznamiętnej, w gruncie rzeczy wartościującej, interpretacji zjawisk, których nie rozumiemy. Praca Ingi Clendinnen jest dobrym tego przykładem. Autorka podchodzi do rytuałów Azteków od strony psychologicznej, socjologicznej, ekonomicznej, historycznej, analizuje drobiazgowo wszystkie możliwe uwarunkowania, nie wgłębia się tylko w filozofię ludu, którego kultura i życie były wcieleniem filozofii. Owszem wie, że aby zrozumieć te ceremonie trzeba „coś wiedzieć o zakresie i strukturze imaginacyjnego świata Azteków”, tu i ówdzie przypomina o roli sacrum, uważa jednak, że „przede wszystkim należy ustalić zewnętrzne okoliczności tych praktyk”. I ustala. Dowiadujemy się, skąd Aztekowie brali „towar” na ofiary „masowych rzezi”, jak traktowali ów towar za życia i jak wyglądała „przeróbka” ich ciał po śmierci. Poznajemy „starannie opracowane scenariusze” ceremonii, „wykalkulowane przedstawienia”, i „wyrafinowane metody” zabijania. Wszystko, rozumie się, wykonywane z zimną premedytacją. Dowiadujemy się, że ofiary Mexików „były tylko i wyłącznie ofiarami”, a ich niewinnej śmierci nie można usprawiedliwić nawet karą. Wielkim problemem autorki jest wytłumaczenie uległości i potulności prowadzonych na rzeź ludzi. Widzi je w „wyobcowaniu społecznym i psychicznym, w demoralizacji, oszołomieniu i strachu”. Trudno w to uwierzyć, są więc kolejne wyjaśnienia. Autorka opisuje „manipulowanie towarem ludzkim”, stosowanie „perfidnych praktyk” wyrachowanych kapłanów, w których widzi „impresariów bardziej niż ascetów”, oraz „organizatorów świadomie zamierzonego ataku na zmysły” ludzi. Z kapłanami ma jednak problem. Okazuje się bowiem, że są oni nie tylko impresariami i manipulatorami, ale również „tytanami samoudręczeń”. Sensu tych praktyk autorka nie pojmuje: „Nie wiemy, jak rozumiano tę ponurą powinność i jaki był sens tych wszystkich samoudręczeń, była to jednak czynność stała i nieunikniona”. I choć niezrozumiałych zjawisk nie można wytłumaczyć, można je zawsze opisać. Autorka opisuje więc ofiary z dzieci, którym podrzynano gardła, ofiary z tzw. „wykąpanych niewolników”, których zniewalano pieszczotami i alkoholem, w końcu ofiary składane z prestiżowych wojowników, których motywacje porównuje do motywacji gwiazdorów podziwianych przez tłum. Zapoznajemy się więc z wachlarzem wszystkich możliwych przyczyn uległości ludzi i perfidii kapłanów, wszystkich oprócz religijnych. Autorka dokonuje też odkrycia. Twierdzi mianowicie, że „Mexikowie widzieli niewątpliwie w swych ofiarach istoty ludzkie, jednakże inne, to znaczy nie takie, za jakie sami się uważali”. Sugeruje więc, że choć w rytualnych zabójstwach Azteków jest jeszcze wiele niejasności, to stwierdzenie, iż zabijali oni nie swoich, lecz innych, „stanowi już krok naprzód”! Osobiście, po wywodzie Ingi Clendinnen, chciałabym zrozumieć jedno. Po co w tym zabijaniu dla zabijania, jeśli odrzucić posądzenie o perwersję, Aztekowie zadawali sobie tyle trudu, żeby te skomplikowane ceremonie przygotować, jeśli sprawę można było załatwić szybko i bez ceregieli? Tłumacząc drobiazgowo zewnętrzne okoliczności okrutnych praktyk, autorka nie tłumaczy niczego. Tworzy kolejny katalog zbrodni, sowicie okraszony wyrazami niedowierzania i oburzenia. Wspominane od czasu do czasu sacrum staje się teoretycznym założeniem, konstrukcją czysto intelektualną i tak abstrakcyjną, że sama autorka nie jest w stanie w nią uwierzyć. Racjonalne, naukowe spojrzenie na kulturę zasadzoną całkowicie na intuicyjnym poznaniu musi prowadzić do niezrozumienia, gdyż siłą rzeczy opiera się na niewiedzy. Trudno też nie pomyśleć, że sam sposób przedstawienia obcej kultury, jak i język do tego użyty mogą stanowić formę jej ujarzmienia. Końcowa teza o zabijaniu „innych” też budzi wątpliwości. Relacja o Michoacanie, autentyczny przekaz indiański, opisuje ofiary z ludzi składane przez Purhepechów (Tarasków), bliskich sąsiadów Azteków. Można przypuścić, że motywacje tego ludu były podobne. Dla autorów Relacji śmierć na kamieniu ofiarnym nie była karą, lecz honorem i posiadała głęboki sens. Kiedy wrogowie schwytali syna Tariacuri, króla Tarasków, ten poczuł się dumny: „Tak, jestem szczęśliwy, gdyż nakarmiłem słońce i bogów niebios. Spłodziłem głowę, którą zetną, spłodziłem serce, które wyrwą. Mój syn stał się słodkim chlebem, najlepszym zbożem. Nakarmiłem nim do syta cztery strony świata.” Więc kiedy kapłani wrogiego ludu, z obawy przed represjami, postanowili królewskiego syna oszczędzić i odesłać do ojca, pogrążyli w rozterce zarówno jednego, jak i drugiego: „Co mówicie? Ja nie mogę odejść. Nasz bóg Curicaueri już mnie podeptał nogami. Niebiescy bogowie wiedzą, że jestem waszym więźniem i już mnie spożyli”. Ponieważ kapłani nie ośmielili się królewicza zabić, kazał go zabić i poświęcić na ołtarzu jego ojciec, król Tariacuri3.

Ceremonie Azteków opisał hiszpański duchowny Bernardino de Sahagún. Był nimi przerażony, ale, o zgrozo, zafascynowany. Interpretował je po swojemu, oceniał według swoich wartości, ale doskonale pojął ich głęboki sens. Bezbłędnie dostrzegł w nich prastare opętanie bogami, wiarę absolutną, głęboką, wszechobecną i ogarniającą wszystko. I on, duchowny, odkrył nagle, że tak silna wiara jest mu obca. Jeśli czegoś w ceremoniach Azteków nie mógł pojąć, to żarliwości owej wiary, owego całkowitego, absolutnego poddania się bogom czy demonom. Stąd jego przerażenie i fascynacja. Duchowny potępia opisywane święta, ale udziela mu się ich magia, ich szaleństwo. W ten sposób odczytał opisy Bernardina de Sahagún Jean-Marie Le Clézio. Pisarz jest doskonałym znawcą świętych tekstów Mezoameryki, dokonał znakomitego tłumaczenia na język francuski Relacji o Michoacanie i Ksiąg Chilam Balam, zgłębił religię i filozofię tych ludów, ich sposób myślenia, ich koncepcję świata. Podążając śladem Bernardina de Sahagún, pisarz przedstawia azteckie ceremonie w swej niezwykłej książce Meksykański sen albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki. Nie ukrywa ich okrucieństwa, ale próbuje oddać ich sens. Opisuje piękno tych świąt, które za hiszpańskim kronikarzem, przedstawia w sposób sugestywny i zrozumiały. Ponieważ z takim podejściem do świata Azteków i z taką próbą interpretacji ich rytuałów nieczęsto się spotykamy, przytaczam kilka fragmentów tej niezwykłej książki: 

Sen o początkach

„Rytuały. To one tworzą historię Indian Nowej Hiszpanii. To one formują naturę tych ludów. Obrzędy codzienne i na wielkie święta są więzią łączącą ludzi, przekazującą im sekretną moc bogów. Dla tych ludów magicznych bogowie są wszystkim, świat rzeczywisty nie liczy się wcale. Rytuały zastępują prawa, sztukę, moralność, historię, nawet język. Dla Bernardina de Sahagún, człowieka renesansu bardziej niż duchownego, równie silna wiara, podobna moc magii są więcej niż zadziwiające, są niezrozumiałe. Niemniej niezrozumienie żarliwości Indian, przerażenie wobec krwawego okrucieństwa ich religii ustępują ciekawości, jakby Bernardino de Sahagún odczuwał czasami zawrót głowy wobec piękna i siły tej magii. Może pojawia się wtedy po raz pierwszy w łonie starzejącego się społeczeństwa Zachodu zauroczenie ludami „pierwotnymi”, których życie i wiara są tak nowe, tak prawdziwe. Krwawy i okrutny rytuał Azteków nie jest dekoracją; jest życiem i śmiercią, wspaniały, mieniący się maskami, kostiumami, bogactwem piór, złota, turkusów. Nieoczekiwanie, przy okazji wstrząsu, jakim była konkwista, ponury, purytański człowiek chrześcijańskiej inkwizycji spotyka ludy, które podczas brutalnych i oszałamiających obrzędów utożsamiają się z bogami. Wstrząs konkwisty jest również wstrząsem dla konkwistadora: napełnia go obawą i przynosi upojenie.

W rytuałach Azteków opisanych przez Bernardina de Sahagún uderza niezwykła drobiazgowość w oddaniu każdego szczegółu, każdego ubrania, każdego malowidła na ciele tancerzy, każdego instrumentu, który niosą. Sahagún notuje po hiszpańsku zwroty przekazane ustnie przez katechizm calmecac, owych wojennych i kapłańskich szkół Indian. Wyczuwa się wyraźnie, że hiszpański kronikarz zafascynowany jest tym pogańskim katechizmem, olśniony jego splendorem, jego żarliwością. Tancerze, wojownicy, kapłani, nawet ludzie, których składa się w ofierze, przestają być zwykłymi śmiertelnikami; stają się bogami, których rytuał przenosi do innego świata, a tym samym uwzniośla, przekształca ich istnienie. Następuje prawdziwe przemienienie. W dodatku do księgi II, mówiąc o święcie Ixnextiua, co znaczy „Poszukiwanie przeznaczenia”, Sahagún notuje: „Powiadali, że podczas tego święta wszyscy bogowie tańczą, dlatego ci, którzy tańczyli, przebierali się, jedni za ptaki, inni za zwierzęta, niektórzy przekształcali się w tzintzones (kolibry), inni w motyle, szerszenie, muchy bądź żuki. Inni jeszcze nosili na plecach śpiącego mężczyznę i mówili, że to sen”.

Sakralne tańce, drobiazgowo przygotowywane w okresie świąt, są wyobrażeniem innego świata i jego bogów, wykazują uprzedniość magii i mitu względem życia rzeczywistego. Właśnie to niepokoi i fascynuje Sahagúna, i każe mu sporządzić owo pogańskie kompendium. Dwadzieścia lat po masakrach podboju, kiedy wszystko zniknęło na zawsze, czar słów ostatnich świadków sprawia, że na pustyni wyłaniają się fantastyczne postaci tancerzy, kapłanów, muzyków oraz bogów, którzy zeszli do swego ludu, aby uczestniczyć z nim raz jeszcze w tajemniczych rytuałach.

Święto słońca, święto ognia, święto wojny, święto wody, kobiet, kupców. Najważniejsze obrzędy przenoszą ludzi do innego królestwa, którego nie dotknęła klęska. Obserwując te figury, gesty, pomalowanie twarze, nakrycia głowy z piór, wysadzane szmaragdami tarcze, słysząc obsesyjny rytm bębna, dźwięk trąb i zaklęcia, wdychając jeszcze zapach kadzidła i cierpki zapach ofiarnej krwi, hiszpański kronikarz ulega fascynacji magią. I oto jego książka przestaje być suchym rejestrem, staje się podróżą w przeszłość, do źródeł czasu, źródeł tajemnicy. Tutaj, w tym pięknym i brutalnym świecie, każda chwila dnia i nocy poświęcona jest bogom i siłom nadprzyrodzonym. Każda rzecz, każda istota mają swoje miejsce w świętym tańcu. Dzięki kronice Bernardina de Sahagún pamięć Indian pozwala i nam uczestniczyć w tym rytuale, pełnym niepokoju i osobliwości. [...]

Krew

W historii świata nie ma prawdopodobnie ludu równie zafascynowanego krwią. Aztekowie są nią opętani, opanowani do obsesji, rzec można, posłuszni magicznemu zaklęciu. Nie ulega wątpliwości, że dla Bernardina de Sahagún, jak dla większości hiszpańskich kronikarzy, ta obsesja jest przejawem sił diabelskich, paktu zawartego z demonem. Żaden lud nie wykazał podobnego pociągu do ofiar – składanych ze zwierząt, głównie jednak z ludzi, obdzieranych ze skóry, ćwiartowanych, palonych, którym wyrywano serca. Ten lud cywilizowany, o dużym smaku, którego wiele osiągnięć przewyższało osiągnięcia hiszpańskich zdobywców, lud uprawiający sztuki, filozofię, poezję, potrafił wykazać się przy okazji rytualnych świąt niesłychanym okrucieństwem. Ów stygmat okrucieństwa zawiśnie nad tą cywilizacją na długo po jej zniszczeniu, jak degradujący symbol, znak niższości moralnej, który do dziś ciąży nad ostatnimi przedstawicielami indiańskich nacji.

Tymczasem, jeśli dobrze rozważyć problem, meksykańskie ludy nigdy nie wykazały się okrucieństwem takim jak Rzymianie podczas igrzysk w cyrkach. Okrucieństwo Indian nie było bezcelowe. Stanowiło dzikość świętą, mistyczną, całkowicie poddaną woli i upodobaniu bogów. [...]

Krew płynie podczas świąt religijnych, zarówno zwierząt, jak i ofiar ludzkich, krew płynie z ran, które ludzie zadają sobie na znak pokuty. Dziś jeszcze krwawe ofiary towarzyszą modlitwom niektórych ludów meksykańskich, takich jak Tarahumara czy Huichol. Dla Indian modlitwa religijna związana jest przede wszystkim z upuszczeniem krwi. [...] Krew jest znakiem religijnej żarliwości, znakiem uległości człowieka wobec panów niebios czy piekieł. Te umartwiania, z pewnością bardzo bolesne – Sahagún notuje, iż pokutnicy przesuwali słomkę w języku do ośmiuset razy – były symbolom zgody azteckiego ludu na cierpienie. Sprowadzając krwawe okrucieństwo do spektaklu, cywilizacja chrześcijańska wynaturzyła jego głęboką prawdę. Dla Indian, krew i cierpienie przypieczętowują wspólne przeznaczenie ludzi, ich całkowite poddanie się bogom.

Ludzkie ofiary przerażały hiszpańskich konkwistadorów, którzy widzieli w nich diabelską perwersję. Czyż mogli zrozumieć to inaczej? Dla nich przelana krew nie zraszała ani ziemi, ani nieba, przelewano ją w imię dóbr ziemskich, złota, niewolników, w imię potęgi hiszpańskiego króla. Rodzący się humanizm Europy XVI wieku nie mógł pojąć magicznej mocy tego rytuału, jego kosmicznego okrucieństwa.

I tak w świecie Indian każdego dnia  przelewano krew, aby dostarczyć tajemniczej przyjemności bogom, którzy stworzyli świat i utrzymywali go przy życiu. Krew ludzi płynęła, aby nie ustała równowaga kosmosu, aby co dzień pojawiało się słońce, płonął ogień, płynęła woda i rodziła się kukurydza. Krew płynęła z rytualnych ran, bez przerwy, z pokolenia na pokolenie, żeby ochronić żyjących od złowrogich sił, żeby wypełnione zostało tajemnicze przeznaczenie. [...]

Śmierć

Opętanie krwią to opętanie gwałtowną śmiercią. Obsesyjna myśl o śmierci osiągnęła u narodów Mezoameryki stopień niebywały. Majowie, Toltekowie, Taraskowie, Aztekowie żyli w pesymistycznym oczekiwaniu katastrofy. Księgi Chilam Balam, wieszczenia kapłanów, wszystkie bez wyjątku legendy i mity mówiły o bliskiej śmierci. Indiańskie ludy podchodziły do wielkich tematów filozoficznych z ostrością, jakiej nie znała żadna cywilizacja starego świata. Dla Indian nie były to tylko idee filozoficzne, była to również religia nadająca sens każdej chwili istnienia. Całkowicie zależni od bogów śmiertelnicy żyli w pełnej niepokoju żarliwości, oczekując ostatecznej chwili, która połączy ich z przodkami w pozaziemskiej wieczności.

Śmierć obecna jest w każdej rzeczy, stanowi podstawę wierzeń i przesądów, o czym świadczy legenda o sowie zwiastującej śmierć Indianina, znana w całej Ameryce Łacińskiej. Wszechobecna jest w sztuce Meksyku, szczerzy zęby na murze czaszek skazańców, widoczna jest w groteskowych wizerunkach podczas święta zmarłych, podczas ekstatycznego wejścia zabitych wojowników do Domu Słońca. Cały wszechświat jest wypełniony śmiercią. Wiatr, dusza Quetzalcoalta, wieje od czterech granic świata, za którymi rozpościera się kraina bogów. Wschód to miejsce bogów Tlaloque, skąd wieje wiatr tlalocayotl; północ to kraina piekła Mictlan z wściekłym wiatrem mictlampa ehecatl; zachód to kraina złowrogich bogiń Cihuapipiltin, skąd nadchodzi zimny wiatr nieszczęść i chorób, południe jest krainą bogiń Huitznahua i groźnego wiatru huitzlampa ehecatl. Czyż, osaczony przez wiatry i wszechobecną śmierć, człowiek mógł być wolny? Cały świat nawiedzany jest przez dusze zmarłych, które ocierają się o żywych, czasami im pomagają, lecz najczęściej szkodzą. Trzy krainy zmarłych, opisane przez Sahagúna, Dom Słońca (niebo), Tlatlocan (raj ziemski) i Mictlan (piekło) odpowiadają trzem etapom indiańskiej kosmogonii, a mit ten istnieje na całym kontynencie amerykańskim. W przeciwieństwie do religii chrześcijańskiej, etapy te wyrażają jedynie hierarchiczny podział, nie wiąże się z nimi pojęcie kary. [...] Rytuały pogrzebowe nie znaczyły kresu drogi człowieka, lecz początek nowego życia. Gwałtowność życia, zapał w walkach, pragnienia i cierpienia były krótkim przejściem od królestwa podwójnego boga, Ometecutli, ojca i matki jednocześnie, do tajemniczego miejsca ostatniego pobytu, gdzie po przekroczeniu drzwi Domu Słońca, progu Tlalocanu, bądź rzeki Chiconahuapan, dusza zmarłego odnajdywała swoich przodków.

Wtedy indiański lud Anahuacu mógł połączyć się ze swymi prawdziwymi rodzicielami, z pierwszymi królami Tolteków, których pochowano w wielkim mieście Teotihuacan, i którzy stali się bogami. Poznać mógł ekstazę pozaziemskiego życia, gdyż „jak mówili mędrcy, po śmierci ludzie nie znikają, lecz zaczynają nowe życie, jakby budzili się ze snu, i przemieniają się w duchy albo w bogów”. [...]

Bogowie

Niewiarygodne bogactwo meksykańskich mitów napełnia Barnardina de Sahagún uczuciem przerażenia i fascynacji. Religia Mexików jest przede wszystkim pasją i to właśnie niepokoi i porusza ewangelizatorów. Lud, który umiał pokonać i utrzymać w jarzmie sąsiednie nacje, który potrafił stworzyć jedną z najbardziej wyrafinowanych cywilizacji Mezoameryki, był jednocześnie gorąco oddany bogom, całkowicie zwrócony ku światu nadprzyrodzonemu.

Wiara Azteków jest gwałtowna, żarliwa, daleka od mrocznego obrazu, jaki sporządzili pierwsi kronikarze. Wyraża się w każdej chwili, w życiu powszednim i podczas świąt. Ważniejsza jest niż instynkt przetrwania czy posiadania. Nie przypadkiem Bernardino de Sahagún zaczyna swą wielką relację od opisu bogów i rytuałów. Siły nadprzyrodzone dzierżą władzę i rządzą przeznaczeniem w świecie Indian. To one stanowią największe zagrożenie dla hiszpańskiej kolonii.

Bogowie i mity stoją za każdym wydarzeniem. Nad Meksykiem unosi się religijny zapał, mistyczna żarliwość obce Zachodowi. I podobnie jak nad cywilizacją Majów i Tolteków rozpościera się cień fatalności. W zamian istnieje egzaltacja, upojenie, porozumienie. Indiańscy bogowie nie są niedostępni ani obojętni. Są bardzo bliscy, związani z ziemią i zamieszkującymi ją istotami paktem krwi. Żywią się darami, dymem, ciałami i sercami ofiar. Lubią wszystko, co żyje, wszystko im się należy. Modlitwa jest przede wszystkim wymianą ze światem pozaziemskim, z jej pomocą człowiek stara się ułagodzić bogów i odwrócić od siebie nieszczęście.

Podobni do ludzi, bogowie mają swoje zalety i wady. Dla hiszpańskiego duchownego dwoistość pogańskich bogów jest niezrozumiała. Tezcatlipoca, Huitzilopochtli czy Tlaloc są „diabłami” domagającymi się kultu o „potwornym okrucieństwie”. Wszyscy azteccy bogowie są, wedłud Sahagúna, diabłami wzbudzającymi przerażenie bądź kpinę. Czczenie gór, gwiazd, ognia jest „wielkim zaślepieniem”, a kult tzoalli (figurek z kukurydzianego ciasta i fasoli) to „rzecz godna dzieci i osób bezmyślnych raczej niż ludzi rozumnych”. Dla Hiszpanów racjonalnej Europy XVI wieku religijny zapał Indian jest często przedmiotem kpin. Ich rytuały i modlitwy uważane są przez konkwistadorów za przesądy zasługujące na pogardę. Już wtedy pojawia się podział na Indian i ludzi rozumnych, który trwa do dzisiaj.

Tymczasem bogowie, których odkrywa Sahagún, panowie Indian podporządkowujący ich swym bezlitosnym pragnieniom, przerażający i zarazem bliscy, to potworni, to znów niepoznawalni – „duchy, powietrze i ciemność”, jak nazywali ich mędrcy - żyją życiem silnym i rzeczywistym, które niepokoi kronikarza. Ów tłum bogów, począwszy od olbrzymów obecnych przy stworzeniu świata po bożków ukrytych w zakamarkach rzeczywistości, owe duchy drzew, gór, rzek, obłoków, nadające światu w każdej chwili sens pomyślny bądź złowrogi, upajające i cudowne, tworzą magiczny sobowtór świata widzialnego. Ta bliskość nierzeczywistości nadaje całą potęgę myśli amerykańskich Indian. Pozbawieni swych bogów Aztekowie nie mogli przeżyć. Sahagún był niewątpliwie pierwszym, który to stwierdził: „Ponieważ wszystko się skończyło z przybyciem Hiszpanów, ponieważ zmuszając ich do swojego sposobu życia, Hiszpanie wyrwali i obalili wszystkie zwyczaje i wszystkie prawa Indian, zarówno jeśli chodzi o rzeczy boskie, jak i rzeczy ludzkie, jako że byli to barbarzyńcy i bałwochwalcy, zaginął cały porządek, jaki oni mieli”4.

***

Światło i magię prekortezjańskich kultur z ostrością dostrzegł Antonin Artaud. Dla Artauda, jak dla Le Clézio, cywilizacja Mexików stanowi doskonały przykład cywilizacji pierwotnej, czyli takiej, której nie opuścili bogowie. W studium o Tarahumarach Artaud pisze: Indianie „są owładnięci filozofią, są nią opętani aż po fizjologiczne zniewolenie; nie ma u nich zbędnego gestu, takiego, który nie miałby bezpośredniego filozoficznego sensu. Oni stają się filozofami w sposób absolutny, tak jak małe dziecko, rosnąc, staje się dorosłym”5. Zdegustowany materialistyczną, pozbawioną mitów Europą, która uległa dyktatowi rozumu, Artaud pojechał do Meksyku, żeby przestać być białym, to jest tym, którego opuściły duchy. Chciał odnaleźć „potężny słoneczny rozbłysk pierwotnej meksykańskiej sztuki”, w której wszystko było bezpośrednią manifestacją tajemnych mocy obecnych w kosmosie. Jadąc do Indian, pragnął odnaleźć rytuały, owo prastare opętanie bogami będące najdoskonalszym wyrazem Czerwonej Kultury. Uważał, że „ostatni meksykański barbarzyńca, niewykształcony Indianin z zapadłej wioski jest - w porównaniu z każdym Europejczykiem - człowiekiem w najwyższym stopniu cywilizowanym”6.


1Claude Lévi-Strauss, Tristes Tropiques, Plon, Paryż 1955.

2 Inga Clendinnen, Aztekowie, próba interpretacji, PIW, Warszawa 1996.

3 Relation de Michoacan, przekład na j. francuski i opracowanie J.M.G. Le Clézio, Gallimard, Paryż 1984.

4 Jean-Marie G. Le Clézio, Meksykański sen, albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki, przekł. Zofia Kozimor, PIW, Warszawa 2010.

5Antonin Artaud, Les Tarahumaras, Folio Essais, Gallimard, Paryż 1987

6 Leszek Kolankiewicz, Święty Artaud, PIW, Warszawa 1988, (wyd. II Słowo/Obraz Terytoria, 2002).

 

 

 


W maju bieżącego roku, nakładem Państwowego Instytutu Wydawniczego, ukazała się książka niezwykła. Choć od jej pierwszej, francuskiej edycji upłynęły 22 lata nim wreszcie stała się dostępna czytelnikowi polskiemu, należy cieszyć się, że w ogóle do niego dotarła! Owszem, nie jest bez znaczenia, iż autor książki otrzymał wyróżnienie najwyższe - literackiego Nobla 2008 - lecz przypuszczam, iż w przedstawieniu polskiemu czytelnikowi Jeana-Marii Gustava Le Clézio osobiste zaangażowanie znakomitej tłumaczki, Zofii Kozimor z Arras, odegrało rolę niepoślednią! Bowiem Zofia Kozimor jest nie tylko biegłym tłumaczem, przetwarzającym język Galów w potoczystą, piękną polszczyznę, lecz należy do tej garstki polskich intelektualistów, którzy w przewrotnym eufemizmie - "poznawanie świata" - dostrzegli rzeczywistą istotę działań białego człowieka i mają odwagę przyznać się do ogromu zbrodni popełnionych przez nas wobec narodów innych kontynentów. W swoim empatycznym, serdecznym stosunku do zmasakrowanych i zniewolonych, Zofia Kozimor jest idealną duchową partnerką J.-M.G. Le Clézio.


Andrzej J.R. Wala

Le Clézio i inne spojrzenie na „hekatomby ludzkich ofiar” religii azteckiej

Meksykański sen albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki, to siedem rozdziałów opisujących raz jeszcze fascynujące kultury XVI-wiecznego Meksyku, ich zderzenie z hiszpańskim najeźdźcą i następującą po tym tragedię Indian meksykańskich. Le Clézio, jak nikt inny, uświadamia nam dramat spotkania dwóch całkowicie odmiennych ludzkich mentalności, z których pierwsza, tubylcza, jest całkowicie podporządkowana mistycznemu i magicznemu pojmowaniu świata, gdy druga, hiszpańska - w jakimś sensie racjonalna, materialistyczna i bezwzględnie ekspansywna – swój religijny, jednak bardziej „teoretyczny” i oderwany od codziennego życia, mistycyzm podporządkowuje fizycznym, doczesnym pragnieniom bogactwa i siły. Podczas gdy dla Indian meksykańskich „bogowie są wszystkim, świat rzeczywisty nie liczy się wcale” (s.40), dla konkwistadorów ważnym jest przede wszystkim sen o złocie.


W tym braku równowagi - pisze Le Clézio - zawiera się cała tragedia spotkania. Jest nią zgładzenie starego snu przez szaleństwo nowego, zniszczenie mitów przez pragnienie potęgi. Złoto, nowoczesna broń i racjonalna myśl przeciwko bogom i magii: rezultat nie mógł być inny. (s.6)


Oczywiście, jest to powtórzenie jednej z wielu teorii przyczyn upadku cywilizacji Mejica-Azteków, wszakże Le Clézio w swojej książce zwraca głównie uwagę na skutki konfrontacji w kontekście jaskrawych różnic światopoglądowych. Daje mi to asumpt do zatrzymania się nad tymi różnicami i na próbie, bodaj skrótowego, prześledzenia mechanizmów kulturowych, prowadzących do powstania tak diametralnie różnych postaw ludzkich.


Już na wstępie pragnę zaznaczyć, że w swoich rozważaniach przyjmuję punkt widzenia, wg którego wszystkie religie/mitologie świata są produktem kulturowym e.i. efektem ludzkiej inwencji, i że stanowią wyraz potrzeby „duchowego przeżycia”. Tym samym potraktuję je jednakowo, bez względu na ich stadium rozwojowe, prosty lub skomplikowany rytuał, czy ich pozycję w świecie współczesnym.

Ponieważ poniżej będzie mowa o konfrontacji hiszpańskiego „monoteizmu” i azteckiego politeizmu, wypada na wstępie przypomnieć genezę chrześcijaństwa i te aspekty jego filozofii, które w XVI. wieku zadecydowały o niemożności porozumienia się ze światem indiańskim Meksyku.

Jak wiadomo chrześcijaństwo wyodrębniło się z judaizmu, religii, którą w czasach rzymskiej okupacji Palestyny, można już ocenić jako monoteistyczną. Poprzednio Izraelici, w mitycznym okresie swojej państwowości (od ok.1000 p.n.e. do reformy monoteistycznej króla Jozjasza w 621 p.n.e.), uprawiali postplemienny politeizm, z którym kapłani Jahwe prowadzili uporczywą walkę. Ówczesny Jahwe – zanim przybrał postać „Pana Wszechświata” - był bogiem plemiennym, skonstruowanym wyłącznie dla ochrony interesów plemion izraelskich, następnie państwa, i ich własnej formuły przeżycia religijnego, a więc spraw należących do pewnej zamkniętej społeczności.

Chrześcijaństwo, wychodząc z judaizmu i porzucając jego partykularyzm, stało się religią ponadnarodową. W tym przypadku interes grupy etnicznej został zastąpiony interesem wszystkich adherentów nowego systemu wierzeń i nie służył już fizycznej ochronie, czyli „zbawianiu” całości grupy społecznej, lecz pośmiertnemu, mitycznemu zbawieniu indywidualnych członków Kościoła. Chrystusowa maksyma: „kto uwierzy i ochrzci się zbawion będzie” wyraźnie zaznaczała osobistą odpowiedzialność jednostki za swój los, akcentując tym samym jej indywidualność. (Wszak na apokaliptycznym „sądzie ostatecznym” nie grupy i nie narody miałyby być sądzone, lecz poszczególne jednostki!).

W adoptowanym z judaizmu zwodzie praw, znanym jako „dziesięć przykazań”, zakaz „nie zabijaj” znalazł w chrześcijaństwie nowe znaczenie, w którym interpretowano człowieka jako „koronę bożego stworzenia” i o którego życiu lub śmierci może decydować jedynie sam stwórca. To on zresztą zesłał swego syna, by ten swym „bezgrzesznym życiem” i - w tym sensie - niewinną śmiercią wykupił człowieka z mistycznie pojmowanego „zatracenia wiecznego”. Dla wierzących chrześcijan była to w wymiarze doczesnym propozycja tym atrakcyjniejsza, iż nie kłóciła się z naturalnym instynktem samozachowawczym i zmierzała ku formule, wynoszącej życie ludzkie do poziomu wartości najwyższej, a po śmierci fizycznej obiecywała „życie wieczne” w Królestwie Chrystusowym. Takie przynajmniej były oficjalne, teoretyczne pryncypia.

Choć przez wieki rozpowszechniania się chrześcijaństwa różnie bywało z praktyką egzekwowania przykazania „nie zabijaj”, lecz w sumieniach jego wyznawców tkwiła bodaj teoria, wg której każdy pojedyńczy człowiek uważany był za „wartość najwyższą” i „pana stworzenia”. Toteż - wtrącając dygresyjnie - cały pozostały świat zwierzęcy znajdował się poza puklerzem chroniącym życie i traktowany był wg starotestamentowej zasady nieograniczonej eksploatacji i podporządkowania, a doktryny judaizmu i chrześcijaństwa nie odnosiły się do zadawania mąk czy śmierci zwierzętom. W wiekach nowożytnych wartość życia ludzkiego podniesiona została jeszcze wyżej, gdy orzeczeniem religijnym zaatakowano prawo kobiety do sztucznego poronienia i zakazano eutanazji wobec ludzi cierpiących i nieuleczalnie chorych.

Tak więc filozofia chrześcijańska, począwszy od judaistycznego mitu o „pierwszym człowieku, Adamie”, poprzez formułę osobistej odpowiedzialności jednostki przed Bogiem wytworzyła silne poczucie ludzkiego indywidualizmu. I choć przyjmuje ona za cel „zbawienie ludzkości”, czyli znów pewnej zbiorowości, to zbiorowość ta na „sądzie ostatecznym” składać się będzie z jednostek „zbawionych” lub „potępionych”. W ten sposób koncepcja „najwyższej wartości” życia ludzkiego i swoisty indywidualistyczny antropocentryzm przeniknęły w umysły wszystkich Europejczyków i stały się niepodważalnym aksjomatem również i dla zlaicyzowanych społeczeństw Zachodniej Cywilizacji.


Dla postplemiennych społeczeństw indiańskich Meksyku, łączących się w organizmy państwowe zaledwie na kilka wieków przed najazdem hiszpańskim, naturalnym priorytetem było przetrwanie, czyli „zbawienie” całego społeczeństwa – echo naturalnych trosk rodzinnych czy plemiennych. Toteż ich mentalność konstytuowała się odnośnie. Życie jednostki było tu jedynie składnikiem grupy społecznej i miało służyć jej dobru. W odróżnieniu np. od budujących ustrój patriarchalny żydowskich kapłanów Jahwe, zmierzających do utrwalenia zasady „jeden męski bóg, jeden męski władca, jeden mężczyzna-ojciec rodziny”, Indianie meksykańscy wytworzyli bardziej wyrównany układ między płciami, którego mistycznym odbiciem stawała się plejada bogiń i bogów, a odpowiadające temu, niesłychanie skomplikowane i rozbudowane: rytuał, mitologia i magia wypełniały bez reszty codzienne życie społeczne.


Niezwykła złożoność tych rytuałów – pisze Le Clézio - wyzwalała magię. Gesty powtarzane rok w rok od wieków stają się wyrazem prawdziwej przemiany; niewolnicy i kapłani, dygnitarze i jeńcy, oczarowani tym świętym teatrem, utożsamiali się całkowicie z siłami, które przedstawiali. (s.147)


Dlatego w Meksykańskim śnie... autor nazywa ich kultury cywilizacją magiczną, wyraźnie dając czytelnikowi do zrozumienia, że będąc projektantami tych niezwykłych rytuałów i religijnych praktyk Indianie meksykańscy jednocześnie zatracali poczucie bycia nimi i wtapiali się w stworzony przez siebie świat mistyczny, jako rzekomo dany „transcendentnie”.

Stwierdzenie to jest niezwykle dla nas ważne, bowiem mamy tu do czynienia z przykładem unaoczniającym nam genezę i sposób rozwoju wszystkich – bez wyjątku - światowych systemów wierzeń. Posługując się przypadkiem indiańskim i spoglądając analogicznie na bliższe nam religie, jesteśmy w stanie zrozumieć w jaki sposób formowały się one w naszym obszarze kulturowym i jak np. ludzie tworząc mit boga przypisywali mu następnie np. moc stwórczą, sami podlegając po czasie szczególnemu sprzężeniu zwrotnemu. „Mity bowiem – powiada Le Clézio – nie są przejawem niejasnych przesądów (...) Stanowią prawdziwe świadectwo ludzkiej myśli.” (s.75)

Innym cennym wywodem autora jest analiza przyczyn „opętania krwią i śmiercią” Mejica-Azteków, pozwalająca nam, wyrosłym w absolutnym przekonaniu o najwyższej wartości i „świętości życia ludzkiego”, nie tylko złagodzić zgrozę z jaką wartościowaliśmy krwawe obrządki azteckie, ale też pojąć, iż – jak stwierdza Le Clézio:


Okrucieństwo Indian nie było bezcelowe. Stanowiło dzikość świętą, mistyczną, całkowicie poddaną woli i upodobaniu bogów” (s.50) – a dalej – Indianin pozostawał w łączności z siłami nadprzyrodzonymi, z całym stworzeniem. Był jednocześnie wyobrażeniem i pożywieniem bogów. Śmierć nie oznaczała dla niego końca ani początku innego życia, lecz ostateczne połączenie ze światem boskim. (s.148)


Autor Meksykańskiego snu... przytacza również przykład z Relacji o Michoacanie, gdy po „spotkaniu” z boginią-matką Cuerauaperi wszyscy, „w których wstąpiła bogini, wpadali w trans i sami szli do świątyni, by oddać się pod nóż ofiarnika.” (ss.149-150) Warto w tym miejscu, wspomnieć o bezsensownym przekazie słynnego filmu Mela Gibsona, Apocalypto, w którym pojmani na ofiary Majowie przeżywają traumę krwawej ofiary, tak jakby ich mentalność została ukształtowana w Europie...

Tymczasem życie ludzkie w kulturach Indian Mezoameryki posiadało inny wymiar. Wspomniałem wyżej, iż należało do wspólnoty społecznej, ale poza tym ówczesny Indianin utożsamiał się ze swym bogiem, pozostawał z nim w związku krwi, pragnąc służyć mu „zawsze i bez ograniczeń.” (s.144) Była to: „Wiara w jedność tego, co ludzkie i boskie, a przede wszystkim wiara w rzeczywistość świata nadprzyrodzonego...” (s.145). W starym Meksyku nie mordowało się opornych, rozpaczliwie walczących o swoje życie. Jeśli ofiara sama, dobrowolnie nie oddawała swego serca bogom, to pojmana w tym celu uważała to za szczególny zaszczyt. Powtórzę tu za Le Clézio, iż w istocie „śmierć nie oznaczała (...) końca ani początku innego życia, lecz ostateczne połączenie ze światem boskim.” (s.148)

Jest oczywiste, że ukształtowany przez wieki nasz punkt widzenia powoduje, iż jesteśmy wstrząśnięci obrazem „postponowania” życia ludzkiego. Że mimo prób zrozumienia obyczajów azteckich i sensu ich życia nadal doznajemy dreszczy na myśl o wyrywanych sercach i zdzieranych skórach ludzkich ofiar. Nasz antropocentryzm i indywidualizm są bowiem tak głęboko w nas zakorzenione, że wszystko, co jest ich negacją, wydaje się monstrualne, a poświęcanie się na ołtarzu wyimaginowanych bóstw uważamy za aberrację umysłową. Ale, poza nikłymi wśród nas wyjątkami, nie przeżywamy tego przerażenia w stosunku do krów, świń czy owiec zabijanych milionami, patroszonych i obdzieranych ze skór, a dla wegetarian lub zdeterminowanych obrońców zwierząt rezerwujemy znaczący gest puknięcia palcem w czoło. Nasze kulturowe standardy – i to nie tylko wśród wierzących żydów, chrześcijan i muzułmanów, ale też niewierzących humanistów – zostały zbudowane na przekonaniu, iż do takich zachowań jesteśmy uprawnieni z racji bycia „panami stworzenia” z księgi Genesis, albo z racji swej najwyższej pozycji na drabinie ewolucji.

Mimo sceptycyzmu niektórych antropologów i historyków zakładam, że tubylcy amerykańscy czuli się znacznie bardziej częścią natury niż biali najeźdźcy. Fakt ten podkreślają w naszych czasach indiańscy działacze i naukowcy, a np. Vine Deloria jr twierdził stanowczo, że ukochanie natury było cząstką „religijnego” przeżycia czyli indiańskiego „sposobu na życie”. Nie oznacza to oczywiście, by Indianie nie zabijali zwierząt, ale wynikało to definitywnie z potrzeby przeżycia, nie zaś z praw „pana wszelkiego stworzenia” i było pochodną wszechobecnej w naturze walki o byt. Dla niniejszych rozważań dygresja ta służyć może jako teza o poczuciu szczególnej wspólnoty Indian - również meksykańskich - z naturą, z której to wspólnoty wynikać może całkowicie odmienny stosunek do życia i śmierci. Z całą zaś pewnością Indianie nie uważali się za „koronę stworzenia”.


Od czasów mitycznej - a w micie tym niedokończonej - krwawej ofiary z Izaaka przeszliśmy długą drogę. Nasi europejscy pradziadowie z XVI. wieku uprawiali ludobójstwo dla złota, potęgi i „wiary prawdziwej”, i nie było w nich krzty zrozumienia dla krwawych ofiar dedykowanych „pogańskim bałwanom”. Mieczami, arkebuzami i czarną ospą zrujnowali populację Meksyku i zniszczyli niepowtarzalnie piękną kulturę, gdy rdzenni Meksykanie „hekatombami ludzkich ofiar” nigdy nie doprowadzili do jego depopulacji, a światu zewnętrznemu nie zagrażali zupełnie. My, europejscy potomkowie zdobywców, w XX. i XXI. wieku myślimy już na szczęście w sposób nieco zmodyfikowany. Próbujemy mianowicie uznać kultury Mezoameryki za fascynujący etap rozwoju ludzkości, ale dalej wzdragamy się na myśl o ofiarach ludzkich. „Ach, jakież to było straszne. To jacyś zwyrodnialcy i szaleńcy – mówimy do siebie po obejrzeniu filmu Gibsona – to chyba jednak dobrze, że ci Hiszpanie to ukrócili”. Nie, to nie dobrze.

Sądzę, idąc za Le Clézio, że cywilizacje Meksyku pozostawione sobie, lub potraktowane partnersko ewoluowałyby własną drogą i zmieniały się na swój sposób. Być może Mejica-Aztecy mieliby okazję strącić kiedyś krzyż z ołtarza lub figurkę Marii Panny, by przekonać się o ich podobnej niemocy, jak wcześniej swych własnych bogów. Być może wypracowaliby swój własny humanizm i sceptycyzm. Być może doszliby o własnych siłach do wniosku, że krwawe ofiary są bezcelowe? Niestety, to nie było im dane, a „indiańska myśl” Ameryki została przerwana. I to jest bardziej tragiczne niż ich kult żądnych krwi bogów.