Poezja

Mandat
Pamiętam
Dogoniłam cię w drodze
O krok od rozstania
Za późno zobaczyłam
Znak objazdu
Kto takie znaki stawia
Przy drogach ludzi
Którym spieszno do siebie?
Słony zapłaciłam mandat
Ale zostałeś mi ty
Ale pewnie nie wiesz
Że w wolnych chwilach
Od ciebie
Co raz częściej myślę
Czy to warto było
Zapłacić taką cenę
Za krok od rozstania
Barbara Nazarkiewicz (2002?)
Sziki Kuenamohkue
Oparty o chropawą cierpką skórę drzewa
wdycham zielone tchnienie Szajakbi
zagłębiając się w namacalną tu obecność wieków

I wtedy pojawia się ona
Kuenamohkue
z luźno spadającym wzdłuż twarzy
szyi i pleców
granatowym jedwabiem włosów

Jej nagie czupurne piersi
zbrojne w drobne cętki sutek
dotykają mnie
wstydliwie ukrytego pod skorupą wilgotnej odzieży

Kiedy przytula brązowy policzek do mojej twarzy
jej palce z niedowierzaniem
pieszczą szczoteczkę włosów
nad ustami intruza
i wybucha śmiechem
obnażając wampum zębów
młodej wilczycy

(sassafras
zapach sassafras)

Jej sprężyste udo
i wzgórek łona
wyczuwalny pod miękką irchą bioder
kołyszą mi sercem
wzniecając gotowość

Kuenamohkue rozumie
i gdy wilgotnieją jej czarne oczy
w płynnym ruchu lewej ręki
zsuwa się z bioder miękka spódniczka
Widzę przez moment gładką płaskość brzucha
i zatapiam się w ciele drgającym upalnym
by po chwili oddać z siebie wszystko
i popaść w cudowną nicość
...........................................................................
Zaśpiewał ptak
i odzyskałem przytomność
*
W roku tysiąc sześćset trzydziestym dziewiątym
Kuenamohkue miała siedemnaście lat
gdy zabrała ją śmierć
przyczajona na skórce ust
młodego Fina
pożądanego przez śmieszny
szary kolor oczu
i zwykłą dziewczęcą ciekawość
A.W., 2001
Lament nad świątynią Huitzilopochtli
Nie widzę ruchliwych czerwi rąk
palców białych pełznących
po obsydianie figurek
i śniadych dłoni czekających na pesos
zanurzony w ludzki zgiełk
nie słyszę nic prócz krwi
mojej krwi odpływającej
w ciszę kamieni
zmartwiały jestem
i bezradny w bólu
o Coatlicue matko bogów!
krótki mam oddech lecz żyję
krótki mam oddech i klnę
krótki mam oddech i płaczę
skamieniały
trwam nad zaschłą raną
szaro-rdzawego Zócalo
o Coatlicue
czterysta
siedemdziesiąt
osiem
lat
fałszywi synowie Quetzalcoatla
hańbią dom twego syna
kolibra z południa nieba
Huitzilopochtli
o pani
rozpuść na nich węże
swej spódnicy!
dotykam pumeksu kamieni
gdzie pył już tylko
ni śladu krwawego nektaru
kwiatów doliny Anahuac
a w moim sercu tylko łzy
bo krew oddałem w ofierze
Huitzilopochtli
AW, Mexico-Tenochtitlan 1999
Pocahontas
Podnosząc do czoła do ust i do piersi
szare skrzydło
witam cię, naiwną radością wypełniona
nieświadoma że już wkrótce zamkniesz w sztywnych ramach
określisz słowami o jednej tylko twarzy
moje sny płynące z dymem ku wieczności.
Jodła moja siostra
ramiona ciężkie ku ciepłej ziemi opuszcza
szukając spokoju.
Słyszałam kiedyś w nocy ciszę nieprzerwaną
słyszałam śpiew duchów płynący z ciepłym blaskiem
ale już jutro
nic do mnie nie powie drzewo
nie zaśpiewa mi rzeka
bo kiedy zaczęłam się uczyć twojego języka
ogłuchłam dla rzeki i drzewa.
Zatańcz dla mnie
swój taniec wyuczony kłamiący każdym ruchem
może znajdę w nim siebie
albo do końca się zgubię.
Anna M. Czyż, 2000